..:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':..
Wrzesień 2002
..:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':..
Rozmowa
z Ryszardem Wosińskim,
harcerzem, byłym Naczelnikiem ZHP, byłym posłem do Sejmu, biznesmenem,
kolekcjonerem i właścicielem pałacu w Ujeździe pod Grodziskiem.
KPG.
Kiedy ktoś próbuje zajrzeć w Pański życiorys to ma wrażenie, że większość
swojego dotychczasowego życia poświęcił Pan harcerstwu. Czy rzeczywiście
jest to prawda?
- Chociaż urodziłem się w Dymaczewie Starym, to Szkołę Podstawową
ukończyłem w Mosinie, gdzie w 1957 roku wstąpiłem do ZHP. Był to czas
odnowy i wszyscy z wielką nadzieją odnosiliśmy się do idei harcerskiej.
W klasie maturalnej Liceum Pedagogicznego w Poznaniu pełniłem już
funkcję zastępcy komendanta Hufca Poznań - Wilda. Po odbyciu służby
wojskowej zostałem powołany na stanowisko komendanta Hufca, pracując
jednocześnie w 21 Szkole Podstawowej w Poznaniu i zarazem kończąc
studia na Uniwersytecie Poznańskim. W 1971 zostałem kierownikiem Wydziału
Kształcenia Komendy Chorągwi Wielkopolskiej, a później zastępcą Komendanta
do spraw programowych. W 1980 roku zostałem powołany na zastępcę Naczelnika
ZHP w Warszawie, a rok później na Naczelnika. Funkcję tą zgodziłem
się pełnić tylko przez rok, ale ostatecznie pełniłem ją do 1989 roki.
W tym też okresie byłem z ramienia ZHP posłem do Sejmu.
KPG. Obowiązki Naczelnika ZHP to zapewne ogromne doświadczenie
organizacje i życiowe.
- Nie ukrywam, że była to prawdziwa szkoła życia. Ponad 1500 etatowych
pracowników, 2500 obiektów, własny budżet, kilkaset tysięcy członków,
to wszystko sprawiało, że musiałem niejednokrotnie stawać przed prawdziwymi
wyzwaniami organizacyjnymi. Ale nie ukrywam, że sprawiało mi to wiele
satysfakcji. Co prawda musiałem się przenieść do Warszawy, ale to
z kolei pozwoliło mi poznać wielu ciekawych i wpływowych ludzi. Do
dzisiaj bardzo miło wspominam naszą inicjatywę budowy pomnika "Małego
Powstańca" w Warszawie, kiedy niejednokrotnie musieliśmy przełamywać
stereotypy wielu zatwardziałych działaczy partyjnych.
KPG. Przypuszczam jednak, że działalność harcerska nie wypełniła
Panu całego życia.
- Podczas pracy w Sejmie byłem członkiem Komisji Edukacji Narodowej
oraz przez kilka lat pełniłem funkcję wiceprzewodniczącego Sejmowej
Komisji Obrony Narodowej. Z resztą zainteresowania problematyką wojskową
miałem i mam nadal. Nadal staram się utrzymywać kontakty z aktualnymi
ministrami Obrony Narodowej i w wielu sprawach być po prostu na bieżąco.
KPG. No właśnie, jest Pan ponadto znanym kolekcjonerem i hobbystą.
Skąd takie zainteresowania?
- Przez kilka lat byłem członkiem Komisji Grunwaldzkiej, a ponadto
organizowałem ekspedycje poszukiwawcze przedwojennych polskich wozów
pancernych i czołgów oraz na Ukrainie sztandarów polskich jednostek
wojskowych. Obecnie posiadam ciekawą kolekcję przedwojennych polskich
motocykli, którą mam nadzieję w najbliższym czasie pokazać również
w Muzeum Ziemi Grodziskiej.
KPG. Musimy koniecznie o to spytać: skąd u Pana zainteresowania
właśnie motocyklami?
- Zbieram jeszcze inne rzeczy, ale motocykle to po części pozostałość
moich zainteresowań sportowych. Obok jeździectwa i żeglarstwa, przez
wiele lat trenowałem wyczynowo kolarstwo i stąd duży sentyment do
jednośladów. Nie ukrywam, że nadal lubię ubrać skórzany kombinezon
i trochę "poszaleć" na swoim BMW K-100.
KGP. Czy prawdą jest, że obecnie jest Pan przede wszystkim cenionym
biznesmenem?
- W 1989 roku postanowiłem zrezygnować z dotychczasowych stanowisk
i zająć się działalnością gospodarczą. Nie ukrywam, że pomogły mi
wcześniej zdobyte doświadczenia organizacyjne w harcerstwie. O mojej
działalności gospodarczej mógłbym mówić wiele, ale generalnie jestem
współwłaścicielem i właścicielem kilku firm związanych z HBB, działających
w Poznaniu Łodzi i Warszawie. Firmy te działają głównie w branży budowlanej.
Dodatkowo związany jestem z branżą hutniczą.
KGP. Od kilku lat związał się Pan również z Grodziskiem, poprzez zakupiony
pałac w Ujeździe. Jak do tego doszło?
- Nigdy nie ukrywałem, że Warszawa nie jest moim ostatecznym miejscem
zamieszkania. Kilka lat temu postanowiliśmy kupić jakiś zabytkowy
dworek do remontu Poważnie myśleliśmy o Dakowych Mokrych, ale ten
dwór wydał nam się bardzo ponury. I tak trafiliśmy do Ujazdu. Piękny
barokowy dwór, co prawda wymagał i wymaga gruntownego remontu , ale
posiada jakiś dziwnie niepowtarzalny klimat. Po rozwiązaniu wszystkich
problemów własnościowych, w 1998 roku nabyliśmy dwór razem z tzw.
"małym folwarkiem " i 7 ha parku.
KPG. Remont zabytkowego dworu, to zapewne dla Pana kolejne wielkie
wyzwanie. Czy jest tak naprawdę?
- To prawda, ale ja uwielbiam wyzwania. Mam obecnie 56 lat i nie ukrywam,
że wiele z moich dotychczasowych obowiązków systematycznie przekazuję
synowi. Myślę, że w wielu sprawach będzie mnie mógł zastąpić. Ja natomiast
swoją dalszą przyszłość wiąże z Ujazdem i myślę również z Grodziskiem.
W chwili obecnej, po wcześniejszej inwentaryzacji, prowadzimy remont
dworu i renowacje parku pod ścisłym nadzorem konserwatorskim. Pragniemy
przywrócić obiektom pierwotny wygląd. Nie ukrywam, że wiele pomocy
udzielają nam potomkowie rodziny Żółtowskich- przedwojennych właścicieli
majątku, którzy m.in. udostępnili bezcenną dokumentację wnętrz dworu
z przełomu XIX i XX wieku.
KPG. Już dzisiaj w Ujeździe można spotkać wiele osobistości z pierwszych
stron gazet, szczególnie ze świata gospodarki i polityki. Czy w przyszłości
dwór w Ujeździe będzie pełnić funkcję "salonu towarzyskiego"?
'
- Z uwagi na remont dworu, siłą rzeczy kontakty mamy ograniczone,
ale w przyszłości będzie on spełniał wiele różnych funkcji- od hotelu
po galerię. Obecnie będąc w Ujeździe, mieszkamy w dwupokojowym mieszkaniu
w oficynie, wspólnie z sąsiadami, z którymi się doskonale rozumiemy.
To prawda, że przy okazji odwiedza nas wielu znajomych i przyjaciół
nawet z Warszawy. Mam nadzieję, że w przyszłości efekt naszych prac
renowacyjnych w Ujeździe, będą mogli ocenić również Jolanta i Aleksander
Kwaśniewscy, których mam przyjemność znać osobiście od kilkudziesięciu
lat.
KPG. Na zakończenie proszę nam powiedzieć coś o swojej rodzinie?
- Żona Krystyna jest w chwili obecnej emerytowaną nauczycielką. Mamy
dwójkę dzieci: córkę Hannę i jej męża Darka oraz syna Piotra. Ponadto
naszego wiernego przyjaciela - psa Pika.
Dziękujemy
za rozmowę
Dariusz Matuszewski, Sebastian Skrzypczak
..:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':..
Żydzi
we władzach miejskich.
Wielkimi
krokami zbliżają się kolejne w naszym kraju wybory samorządowe. Z
pewnością ponownie będziemy świadkami ostrej walki politycznej między
komitetami wyborczymi. Za nim jednak to nastąpi cofnijmy się nie co
w przeszłość i zobaczmy jaki sposób kształtowały się władze naszego
miasta w okresie gdy społeczność lokalną dzieliły nie tylko poglądy
polityczne ale również, a może przede wszystkim, różnice religijne
i narodowościowe. Skupmy się na tej części społeczeństwa która tak
wyraźnie odróżniała się od reszty mieszkańców na żydowskiej społeczności
Grodziska.
Prawa miejskie w początkach XIX wieku, a tym samym czynne prawo wyborcze
na poziomie miejskim, otrzymywali początkowo jedynie ci mieszkańcy
miast, którzy byli właścicielami gruntów lub posiadali odpowiednio
duże przedsiębiorstwo. By uzyskać bierne prawo wyborcze, należało
wykazać jeszcze większą własność gruntów oraz wyższe dochody niż w
wypadku czynnego prawa wyborczego.
W 1836 roku po wprowadzeniu zrewidowanej ordynacji miejskiej, kiedy
w Grodzisku miały odbyć się wybory do magistratu i rady miasta, po
raz pierwszy dopuszczające jako kandydatów obywateli żydowskich, obie
społeczności w mieście, chrześcijańska i żydowska, wyraziły życzenie,
by we wszystkich trzech świątyniach (katolickiej, protestanckiej i
żydowskiej) odbyły się nabożeństwa z udziałem wiernych wszelkich wyznań.
Po wprowadzeniu zrewidowanej ordynacji wyborczej w Wielkim Księstwie
Poznańskim, podział sił politycznych w grodziskiej radzie miejskiej
kształtował się w następujący sposób; na ogólną liczbę 3530 mieszkańców
(w roku 1849), Żydzi stanowili 38,5% wszystkich obywateli i według
ustalonego podziału mogli obsadzić 1/3 ogółu rady. W sąsiednich miastach
sytuacja wyglądała bardzo podobnie. W Buku na 2181 mieszkańców na
9 miejsc w radzie Żydzi otrzymali 3 mandaty (mimo tego, że stanowili
wtedy tylko 12,8 % mieszkańców). W Wolsztynie na 2718 mieszkańców
Żydzi stanowili 27,6% i również otrzymali 1/3 miejsc w radzie. Różnica
miedzy tymi miastami opierała się na tym, iż Wolsztyn był w większości
miastem niemieckojęzycznym a w Buku przeważał język polski.
Dopóki Niemcy utrzymywali przewagę w organach miejskich, dopóty nie
byli skłonni do współpracy z Żydami. Zmieniło się to dopiero wtedy,
gdy większość w radzie uzyskiwali Polacy. Wtedy Niemcy przełamywali
podyktowane religią opory i zaakceptowali Żydów jako sprzymierzeńców
przeciwko Polakom. Władze pruskie zdecydowanie popierały taką współpracę.
Mało prawdopodobne jest aby dochodziło do zdecydowanej antypolskiej
współpracy Żydów i Niemców. Wydaje się, że o wiele większe podziały
wynikały z różnic wyznaniowych między Żydami i chrześcijanami. W magistratach
oraz radach miejskich, w latach trzydziestych oraz czterdziestych
XIX wieku, praktycznie we wszystkich wielkopolskich miastach (oprócz
Poznania) Żydzi stanowili oddzielą kurię, która broniła swoich interesów
wobec chrześcijan.
Począwszy od lat 30-tych XIX wieku na 6 członków grodziskiego Magistratu
zazwyczaj było 2 Żydów, a na 12 członków Rady Miejskiej przypadało
4. W roku 1850 stanowisko radnego miejskiego piastował między innymi
dr Markus Mosse. O miejsce w radzie, jak wynika to z różnych zapisków,
starł się już wcześniej bo we wrześniu 1848 roku. W roku 1853 roku
w Radzie zasiadali panowie: Ephraim, Beradt, Badt i Plasterk. Podobnie
w roku 1886 wśród nazwisk osób zasiadających w tym czasie w Radzie,
odnajdujemy następujące nazwiska: A. Herzfeld, Cohn, Greiffenberg
i Ephraim. W latach 1889-1900 w skład 12 osobowej Rady Miejskiej wchodziły
następujące osoby: Herzfeld (przewodniczący), Grünberg, Haberk, Frost,
Ephraim, Gutsche, Schwartz, Chocieszyński, Bibrowicz, Motty, Griffenberg,
Cohn. W 1905 w Magistracie spotykamy dr Rubensohna oraz kupca Dosmara,
a w roku 1910 do Rady Miejskiej weszły następujące osoby: Andrzejewski,
Stachowski, Oponczewski, dr Mausel, Szermer, Nowak, Grünberg (przewodniczący),
Loew, Krause, Dolcius, Stein oraz Żydzi: Ephraim, Quartiermeister,
Pick, Zöllner i Meyer. W roku 1914, wśród radnych spotykamy następujące
nazwiska: Stein, Kretschmann, dr Kamp, Dolcius, Krause, Kachowski
oraz Ephraim, Zöllner, Quartiermeister i Jablonski.
Dosyć regularnie w aktach miejskich z początku XX wieku, w sprawach
dotyczących Magistratu pojawia się nazwisko grodziskiego kupca Lousia
Ephraima, który jak to wynika z zachowanej dokumentacji, zajmował
się przede wszystkim sprawami finansowymi (być może sprawował funkcję
skarbnika). Również na wielu innych dokumentach z tego okresu widnieje
jego podpis.
Żydowscy radni często sprawowali dodatkowe funkcje wewnątrz rady.
Najlepszym tego przykładem jest wspomniany już wcześniej Abraham Herzfeld.
Oprócz tego że był przełożonym gminy żydowskiej, funkcje radnego miejskiego
piastował kilkakrotnie. W latach 1889-1900 oraz w 1905 roku piastował
również zaszczytną funkcję przewodniczącego Rady Miejskiej. Pierwszy
raz wybrany do Rady został prawdopodobnie już w 1871 roku. Jego nazwisko
pojawia się potem dosyć regularnie w protokołach z zebrań: w 1872,
1875, 1880, 1883, 1886, 1888, 1889, 1900-1904.
Pod koniec XIX wieku rozpoczyna się emigracja żydowskich mieszkańców
Grodziska do miast położonych w głębi Niemiec, a stamtąd nierzadko
również za ocean. Dodatkowym bodźcem skłaniającym Żydów mieszkających
w Grodzisku do wyjazdu było odzyskanie przez Polskę niepodległości.
Wtedy odnotowujemy tez masowy odpływ ludności niemieckiej. Żydzi wielkopolscy
czuli się związani z kulturą niemiecką i z państwem niemieckim wiązali
swoją przyszłość. Często nie czuli się Żydami ale tak jak swego czasu
chciał ustawodawca pruski - Niemcami wyznania mojżeszowego, i w taki
sposób określali swoją przynależność narodową w oficjalnych spisach.
Piotr
Bartkowiak
..:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':..
GRODZISKIE
LOBBY ?
Lobbing
to działania, wpływ, wywieranie nacisku na instytucje decydujące (Sejm,
rząd, sejmik wojewódzki, rada powiatu, inwestor gospodarczych) na
rzecz korzystnych decyzji dla interesów instytucji, firm, branż przemysłowych,
grup społecznych, regionów czy powiatów. W amerykańskim wydaniu jest
to zawód, legalny zawód i praktyka, w polskim wydaniu kojarzy się
raczej negatywnie, wręcz z tzw. "dojściem", korupcją i prywatą,
a słynna afera "żelatynowa" i atmosfera polityczna wokół
niej jest tego przykładem.
Powoli jednak lobbing w Polsce zaczyna przybierać bardziej cywilizowane
i uczciwsze (choć niektórzy twierdzą, że ze swej natury jest nieuczciwy
i niedemokratyczny) oblicze.
Coraz częściej też społeczności lokalne, regiony, województwa, powiaty,
gminy i miasta stosują lobbing, rywalizując między sobą, choćby po
to, aby przyciągnąć inwestorów czy inwestycje, bo to nowe miejsca
pracy, zadowolenie mieszkańców i większa szansa na ponowny wybór dla
władz lokalnych. Niestety demokracja nie jest czymś stałym, zmienia
się, a szczególnie w tak jeszcze niebogatym państwie jak Polska, pilnowane
własnych interesów u źródła podejmowania decyzji, jest wręcz czymś
koniecznym. Na kilka miesięcy przed nowymi wyborami samorządowymi
interesująca wydaje się, sprawa lobbingu miasta i gminy oraz powiatu
grodziskiego na szczeblach władz samorządowych.
W naszym lokalnym świecie politycznym publikowane już są rankingi
kandydatów na stanowiska samorządowe, poukładane listy kandydatów
do rad, gabinety cieni z rozdzielonymi już stanowiskami, nim jeszcze
ustalone zostały reguły wyborcze przez Sejm, ale tak naprawdę nie
ma żadnych działań na rzecz reprezentacji interesów naszego regionu
na wyższych szczeblach władz.
Na tle ościennych powiatów wypadamy po prostu słabo, i należy się
zastanowić, w jakim stopniu brak przedstawicieli w sejmiku województwa
wielkopolskiego i wyżej Sejmu, wpływa i wpłynął na nasze lokalne interesy.
Nie obecni nie mają racji, głosi powiedzenie, więc może zlikwidować
szpital w mieście powiatowym przy biernej postawie starostwa albo
przeprowadzić ciche referendum odłączenia części powiatu i wykorzystać
ten fakt w miejscu, gdzie nikt nie będzie mógł bronić racji powiatu
grodziskiego. Niestety to jest polityczna walka i sentymenty, że grodziski
powiat jest jakiś wyjątkowy na tle innych, bo ma tradycje powiatowe,
są niewystarczające. A kto ma powiedzieć "wyżej" o tym jakie
to są bogate tradycje ? - poseł czy radny sejmiku z innego powiatu?
Grodzisk od jakiegoś czasu obiega "plotka" - mocna partia
wysuwa swego kandydata do sejmiku, co z tego, że z ościennego powiatu,
ale jest nasz, partyjny. Nie nasz lokalny - p a r t y j n y. Czy racje
lokalnego rolnictwa i gospodarki ma bronić, przepraszam reprezentować,
cyniczny i złotousty polityk ludowy, "zbawca" wszystkich
i wszystkiego, a tak naprawdę "łowca" głosów wyborczych?
Widocznie w tym powiatowym grajdole jedyny ratunek dla tutejszych
to wpływy "złotoustego" hodowcy strusi z Pomorza - a gdzie
wpływy miejscowych?
Istnieje też inna, choć niepisana prawda, jeśli chodzi o interesy
lokalne, bardzo często zanikają barwy polityczne, czego dobitnym przykładem
były spory i przedziwne koalicje podczas prac nad ustawą o samorządzie
powiatowym i wojewódzkim sprzed 4 lat. Politycy lokalni zakładają
wtedy koalicje nieformalne ponad podziałami, łączą swe siły, aby wyrwać
coś dla swego regionu, jeśli nawet mają w tym swój polityczny i egoistyczny
interes. Gmina i powiat grodziski praktycznie nie posiadają "politycznego"
lobbingu na wyższych szczeblach władzy, zarówno samorządowej, jak
i ustawodawczej, nie mówiąc o decyzyjnej (rządowej).
Za parę tygodni wybory samorządowe, więc należy postawić pytanie,
czy lokalnie możliwe jest uzyskanie choćby jednego mandatu we władzach
wojewódzkich, a w przyszłości może parlamentarnego?
To wymaga wzniesienia się lokalnych polityków i politykierów ponad
swe interesy partyjne. Doświadczenia z lat poprzednich i wzrastająca
lokalna gorączka przedwyborcza nie wróżą nic dobrego, choć kandydatów
jest co niemiara. Jak uszczypliwie można usłyszeć wśród mieszkańców,
im więcej firm upada tym tłoczniej na listach i gabinetach cieni.
Czy nie stać nas na choćby jednego zaufanego kandydata, na którego,
w interesie powiatu, mogliby zagłosować mieszkańcy całego powiatu?
Niestety, górnolotnie rzecz ujmując, tego wymaga racja naszego tradycją
przesiąkniętego regionu. Sama tradycja nie wystarczy, trzeba czegoś
więcej. Tylko czy wykonalne? Być albo nie ... .
Andrzej
M. Mańkowski
..:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':..
Nasze
miasto - mój dom....Ale czy bezpieczny?
Na łamach
naszego pisma chciałbym poruszyć pewną sprawę która zaprząta mój młody
umysł. W ostatnim okresie w całym kraju, a także w naszym mieście
słyszy się o wielu przypadkach rozbojów, wybryków chuliganów. Po tych
czynach poruszane są na antenie ogólnospołeczne tematy bezpieczeństwa
nas samych naszych rodzin, a także co za tym idzie tematy dotyczące
ochrony nas przez organy do tego powołane. Czy w naszym mieście jest
bezpiecznie ????? Przytoczę teraz pewną historyjkę. Pewnego ciepłego
wieczoru pan X wybrał się na spacer po naszym mieście. Miasto wieczorem
wygląda przepięknie, idąc ulicą Szeroką napotkał na grupkę młodzieży
jedni siedzieli na ławeczce inni spacerowali tak jak pan X W pewnej
chwili wywiązała się bójka między tymi młodzikami to co zaszokowało
pana X było to z jaką zażartością trójka z nich okładała niby ich
kolegę uderzała pięściami, kopała, a wręcz katowała chłopaka. Pan
X widząc to chciał pomóc temu ducha winnemu chłopakowi. Sam widząc
że nie poradzi sobie z młodzieżą wezwał organy do tego powołane czyli
naszą Policję. I cóż z tego że zgłosił to do nich jak nikt się nie
pojawił. Czy tak działa nasza "kochana Policja". Jak tego
było by mało kilka dni po tym incydęcie miastem wstrząsnęła informacja
że w nocy został zdewastowany budynek położonym przy kościele Św.
Ducha. Budynek ten należy do Polskiego Stowarzyszenia na Rzecz Osób
z Upośledzeniem Umysłowym koło w Grodzisku i właśnie tej nocy został
on zaatakowany przez bezmyślnych tępaków, którzy powybijali szyby
wypisali wulgarne napisy. Czy osoby te były mądre? Chyba nie, są to
zwykłe chamy, tępaki bezmózgowcy itp. I tu znów nasuwa się pytanie
"Gdzie wówczas był nasza Policja?" W naszym mieście prawie
w każdą sobotnio-niedzielną noc dochodzi do dewastacji różnych obiektów,
tu ktoś wybija szybę, niszczy samochody, włamuje się do sklepu, młodych
rozpiera energia. Czy nie należało by pomyśleć o nowych obrońcach
Nas samych. Może, jeśli policja nie może sobie poradzić to utworzyć
straż miejską albo skorzystać z usług firm ochroniarskich działających
na naszym terenie aby one w nocy patrolowały nasze ulicy i nas broniły.
Nasze władze jakoś w tym kierunku nic nie robią. W koło słychać tylko
"brak pieniędzy" itp. slogany. Może w końcu znajdzie się
ktoś odważny i zajmie się tą sprawą. Może my mieszkańcy tak jak kiedyś
utworzymy patrole obywatelskie aby było bezpiecznie. Warto się nad
tym zastanowić.
mich
..:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':..
PODPUŁKOWNIK JÓZEF SKRZYDLEWSKI
- ostatnie lata życia, zgon i pogrzeb
Nieliczne są opracowania
omawiające życie i działalność podpułkownika dyplomowanego Józefa
Skrzydlewskiego (1896-1952), jednego z organizatorów i wysokich dowódców
Powstania Wielkopolskiego, oficera Sztabu Głównego Wojska Polskiego,
szefa Wydziału Informacji w Oddziale II Sztabu Naczelnego Wodza, wybitnego
grodziszczanina. Dla istniejących publikacji, znamienne są lakoniczne
sformułowania dotyczące okoliczności jego śmierci. Zdzisław Kościański
pisze: "Po piętnastomiesięcznym pobycie w wiezieniu przy ulicy
Rakowieckiej w Warszawie zmarł." 1 Paweł Anders stwierdza: "
Po wybuchu II wojny światowej przez Rumunie dotarł do Francji, gdzie
w czasie kampanii 1940 r. dostał się na 5 lat do niewoli niemieckiej.
Zmarł w Warszawie." 2 Zdzisław Jankowski informuje: "Ppłk
Józef Skrzydlewski padł ofiary reżimu stalinowskiego. Przebywał w
więzieniu rakowieckim bez wyroku i po blisko 15-tu miesiącach tam
przebywania, zmarł 7 maja 1956 r. w wieku 56 lat." 3Jedynie z
książki Jarosława Kaminiarza, Janusza Kubiaka i Marka Rezlera "Powstanie
Wielkopolskie 1918-1919 na Ziemi Grodziskiej" (Grodzisk Wielkopolski
1999) dowiadujemy się, że " Józef Skrzydlewski został zamordowany
(podkreślenie moje, B.H.) w śledztwie 7 maja 1952 roku ..." Z
takim też przekazem spotkałem się wiele razy w relacjach rodzinnych.
Moja matka Marta Michalak z domu Stroińska była bowiem kuzynką ppłk.
Józefa Skrzydlewskiego4. Jego bracia Kazimierz i Tadeusz (1897-1970)
odwiedzali moich rodziców w Grodzisku i w tajemnicy przekazywali wiadomości
o tragicznym losie ich brata.
Pragnąc dać świadectwo prawdzie, zwróciłem się z prośbę, o odpowiednie
informacje do osoby w tej sprawie najbardziej kompetentnej - do syna
ppłk. Józefa Skrzydlewskiego, o. Władysława B. Skrzydlewskiego , dominikanina.
I nie zawiodłem się. Wzbogaciłem swoją wiedzę na temat ostatniego
okresu życia ppłk. Józefa Skrzydlewskiego, jego zgonu i pogrzebu,
i tą wiedzą dzielę się z czytelnikami "Kroniki Panoramy Grodziskiej".
Podpułkownik dyplomowany Józef Skrzydlewski znajdował się we wrześniu
1939 roku w pierwszym rzucie Oddziału II Sztabu Głównego Naczelnego
Wodza i wszystkie przesunięcia odbywał w składzie tego rzutu, aż do
przekroczenia granicy rumuńskiej w Kutrach, w dniu 18 września 1939
roku. W Rumunii został internowany w Calimanestri, skąd uciekł do
Bukaresztu. Tam sprzedał swój samochód marki Fiat 508. Za uzyskane
pieniądze przedostał się przez Jugosławie i Włochy do Francji i zameldował
się u generała Władysława Sikorskiego, który zaoferował mu dowództwo
pułku w mającej się utworzyć 3 dywizji piechoty Armii Polskiej. Przewidując,
że ta dywizja nie zdoła wejść na czas do akcji, poprosił o jakiekolwiek
stanowisko w I Dywizji Grenadierów. Otrzymał pierwszy baon drugiego
pułku, którym dowodził od 18 grudnia 1939 r. do 12 marca 1940 r.,
szkoląc napływających z Polski uciekinierów oraz polskich emigrantów
pracujących we Francji. Chociaż już przed wojną wykonywał bardzo wyczerpującą
pracę w Sztabie Głównym jako kierownik komórki naukowej "Niemcy",
okres formowania dywizji we Francji wspominał jako najcięższy w jego
życiu. Broń, którą oferowali Francuzi, była przestarzała i niewystarczająca.
Po sformowaniu, dywizja posiadała trzy pułki piechoty i dwa artylerii;
miała więc jedynie charakter obronny. Jej zadaniem był udział w obronie
linii Maginota. Siedzibą dowództwa dywizji było Luneville. Z wielkim
trudem i staraniem żołnierzy, którzy wbrew zakazom kupowali broń od
Francuzów, udało się sformować nie tylko te pięć pułków, lecz również
"Oddział rozpoznawczy", czyli dywizjon złożony z dwóch szwadronów
na motocyklach i jednego na półciężarówkach. W chwili niemieckiego
uderzenia, ppłk Józef Skrzydlewski został mianowany szefem sztabu
dywizji i w tym charakterze brał udział w walkach. Bezcenny okazał
się "Oddział rozpoznawczy", który wobec ucieczki Francuzów
musiał stawać w obronie zagrożonych oddziałów polskich.
Za obronę Kanału Marna-Ren (Canal de la Marne au Rhin) dowództwo francuskie
uhonorowało swoim najwyższym odznaczeniem wojskowym "Croix de
Guerre" dowódcę dywizji, generała Bronisława Ducha (1896-1980)
i szefa sztabu dywizji, ppłk. Józefa Skrzydlewskiego.
Niemieckie ataki doprowadziły do rozczłonkowania frontu i okrążenia
poszczególnych oddziałów francuskich, które w konsekwencji tego składały
broń. Francuzi nie mieli zresztą ochoty do walki i kobiety alzackie
wymyślały im mówiąc: "Patrzcie jak biją się Polacy, podczas gdy
wy uciekacie!" Dwaj pułkownicy francuscy, którzy pełnili funkcje
oficerów łącznikowych - jeden przy piechocie, drugi przy artylerii
- płakali z powodu zachowanie się żołnierzy francuskich.
18 czerwca 1940 roku, radio alianckie podało do wiadomości rozkaz
gen. Władysława Sikorskiego, aby oddziały polskie na własną rękę przebijały
się przez Dunkierkę do Anglii. Nie zgodził się na to francuski dowódca
korpusu. Dopiero 21 czerwca 1940 r. gen. Bronisław Duch wydał rozkaz
rozproszenia i przedzierania się małymi grupkami przez pierścień Niemców.
Gen. B. Duch udał się na północ i napotkanym tam samolotem przedarł
się do Anglii. Ppłk J. Skrzydlewski pozostał w dotychczasowym miejscu
postoju dywizji w Hurbache dla zapewnienia ciągłości dowodzenia i
umożliwienia rozproszenia się dywizji. Wieczorem 21 czerwca 1940 roku
objął dowództwo dywizji, niszczącej w tym czasie sprzęt oraz dokumentację
sztabu. W towarzystwie dwóch oficerów francuskich próbował przedrzeć
się do Dunkierki. W drodze został wzięty do niewoli i odesłany do
Moyenmoutier.
Przebywał w obozach jenieckich dla oficerów francuskich na terenie
Westfalii w Doessel, Soest i Münster. Sprawdziły się jego przewidywania,
że druga dywizja polska nie zostanie sformowana na czas. Dywizja ta
zdołała wejść do walki w Burgundii tylko na dwa dni, a następnie została
internowana w Szwajcarii.
Po wyzwoleniu obozu w Münster w 1945 roku, zaproponowano oficerom
polskim osiedlenie się w Wielkiej Brytanii. Ppłk Józef Skrzydlewski,
w nadziei, że będzie mógł służyć Ojczyźnie, chciał powrócić do Polski.
Dwa lata czekał jednak na odpowiednią zgodę władz polskich.
Ten czas wykorzystał na opracowanie historii oddziałów polskich w
kampanii francuskiej.5 W dniu 3 czerwca 1947 roku został zdemobilizowany.
30 lipca 1947 roku przekroczył granicę polska w Międzylesiu. Po załatwieniu
formalności repatryjanckich udał się do Poznania, gdzie przy ulicy
Jackowskiego 9 m. 2 mieszkała żona Adela.6
Józef Skrzydlewski uważał za swój obowiązek dalszą służbę dla Ojczyzny.
Zgłosił się więc do Ministerstwa Spraw Wojskowych, gdzie mu oświadczono,
że nie zostanie przyjęty do wojska. Bezskutecznie przez 8 miesięcy
poszukiwał pracy, władze w Warszawie nie wyrażały zgody na podjęcie
jakiejkolwiek pracy. W końcu zezwolono mu na podjęcie pracy w charakterze
Kierownika Biura w Zrzeszeniu Kupców Województwa Górnośląskiego w
Katowicach, gdzie zamieszkał. Utrudniało to kontakty z rodziną. Żona
Adela zamieszkiwała w Poznaniu i pracowała jako nauczycielka muzyki
w Państwowej Szkole Muzycznej. Starszy syn Zygmunt (1922-1994) pracował
wówczas w Stoczni Toruńskiej, a następnie studiował architekturę w
Poznaniu. Młodszy syn Władysław (ur.1925), po ukończeniu studiów prawniczych,
pracował w Narodowym Banku Polskim w Poznaniu, a w latach 1949-1950
w Warszawie, natomiast w roku akademickim 1950/1951 był asystentem
na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i wstąpił do Zakonu Dominikanów.
10 lutego 1951 roku ppłk Józef Skrzydlewski został niespodziewanie
i potajemnie aresztowany. Przez długi czas rodzina nie mogła uzyskać
żadnej informacji o miejscu jego pobytu. Dopiero po kilku miesiącach,
zapytywana o to Prokuratura Wojskowa poinformowała żonę podpułkownika,
że jej maż Józef Skrzydlewski pozostaje w dyspozycji Wydziału Specjalnego
Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie. Syn Władysław
udał się tam i przez wicedyrektora Wydziału został poinformowany o
pobycie ojca w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, dokąd
można przekazać mu jeden list, co też wkrótce uczyniono. Było to wszystkim,
co udało się osiągnąć rodzinie.
14 maja 1952 roku, żona ppłk. Józefa Skrzydlewskiego otrzymała zawiadomienie
pocztą, że jej maż zmarł w dniu 7 maja 1952 roku i że można odebrać
ciało i je pogrzebać. Adela Skrzydlewska udała się natychmiast z synami
Zygmuntem i Władysławem do więzienia na Rakowieckiej w Warszawie.
W imieniu rodziny ciało odebrał starszy syn. Wydający je urzędnik
stwierdził, że trumny nie wolno otwierać i dodał następujące słowa
umarł na sklerotyczny wylew krwi do mózgu. My wiemy, że już jako
major w Wojsku Polskim cierpiał na sklerotyczne wylewy krwi do mózgu.8
Chociaż teoretycznie wylew krwi do mózgu był możliwy, to jednak słowa
urzędnika nasunęły natychmiast podejrzenie, a rodzina nabrała przekonania,
że Józef Skrzydlewski nie umarł śmiercią naturalny. Po pierwsze: nigdy
nie miał ataków sklerotycznych. Po drugie: już od 1937 roku nie był
majorem, lecz podpułkownikiem. Po trzecie: zwrot "my wiemy"
sugerował, że taką wersję należy przyjąć i rozpowszechniać.
Gdy po odebraniu trumny samochód ruszył, okazało się, że jest eskortowany
przez auto służby bezpieczeństwa. Jadący w nim funkcjonariusze byli
też obecni na cmentarzu, przez cały czas pogrzebu. Oprócz nich i grabarzy
były tam jeszcze dwie inne osoby: mężczyzna i kobieta. Według poufnej
informacji jednego z grabarzy, również agenci służby bezpieczeństwa.
Pogrzeb odbył się na nowym Cmentarzu Powązkowskim. Oprócz żony i synów
Józefa Skrzydlewskiego wzięli w nim udział jego bracia Tadeusz i Kazimierz,
zaprzyjaźniony z nim i powinowaty Tadeusz Sobczak oraz celebrans o.
Bernard Przybylski OP i kilku braci dominikanów.
Po objęciu władzy przez Władysława Gomułkę w 1956 roku, Adela Skrzydlewska
otrzymała pismo z Prokuratury Wojskowej, że może się do niej zgłosić
w sprawie męża, ppłk. Józefa Skrzydlewskiego. Okazało się, że akta
byłego Wydziału Specjalnego zostały przesłane do odpowiednich prokuratur
wojewódzkich, a teczka Józefa Skrzydlewskiego była pusta i zawierała
jedynie kartkę z informacją, że sprawa dotyczy przedwojennej współpracy
z Niemcami. Prowadząca sprawę kobieta- prokur w stopniu podpułkownika
uznała ten zarzut za fikcyjny i oświadczyła, że chodziło o usunięcie
człowieka, który zdaniem ówczesnych władz mógł być dla nich niebezpieczny.
Oznajmiła, że Adela Skrzydlewska otrzymuje specjalną rentę po mężu
w wysokości 800.- złotych miesięcznie i kwota ta nie podlega kumulacji
z innymi dochodami. Adela Skrzydlewska uzyskała też zgodę na ekshumacje
szczątków swego męża i pochowanie ich w grobie Powstańców Wielkopolskich
w Grodzisku Wielkopolskim.
Ekshumacji dokonano na początku października 1957 roku. Ze względu
na piaszczysty teren cmentarza, z ciała pozostały jedynie kości. Oprócz
rodziny przy ekshumacji był obecny lekarz z Grodziska Wielkopolskiego
, dr Antoni B. Henke, kolega podpułkownika Józefa Skrzydlewskiego
z czasów gimnazjalnych. Na podstawie posiadanego przez Adelę Skrzydlewską
opisu protez zębów męża, stwierdził, że były to niewątpliwie szczątki
Józefa Skrzydlewskiego.
Uroczystości pogrzebowe w Grodzisku Wielkopolskim trwały cztery dni,
od 10 do 13 października 1957 roku. Po przywiezieniu do Grodziska,
trumnę wystawiono w odpowiednio przygotowanej i przyozdobionej kwiatami
świetlicy kolejowej, gdzie przez całą dobę wartę honorowy pełnili
harcerze. W niedzielę 13 października 1957 roku, trumnę przeniesiono
w procesji do Fary, gdzie przy udziale licznie zgromadzonych grodziszczan
i Powstańców Wielkopolskich odprawiono żałobne nieszpory z kazaniem
wygłoszonym przez ojca Ludwika OP. Po nieszporach kondukt ruszył na
cmentarz. Prowadził go syn podpułkownika, o. Władysław B. Skrzydlewski,
wówczas niedawno wyświęcony kapłan Zakonu Dominikanów. Nastąpił wzruszający
moment, gdy po wyjściu z kościoła nad niesioną trumny pochyliło się
dwadzieścia kilka sztandarów Powstańców Wielkopolskich z różnych miast.
W pogrzebie uczestniczyła ogromna liczba mieszkańców Grodziska i innych
ośrodków powstańczych, harcerze oraz organizacje społeczne. Przybył
także specjalny wysłannik Pady Państwa, pan Mazur, który udekorował
trumnę ustanowionym 1 lutego 1957 r. Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym.
Widząc wielkie rzesze uczestników pogrzebu, drżał ze strachu, obawiając
się demonstracji lub rozruchów. Do niczego takiego nie doszło. Pogrzeb
ppłk. Józefa Skrzydlewskieero był wprawdzie wielką manifestacja, ale
przebiegał w skupieniu i głębokim przeżywaniu tej żałobnej uroczystości
przez jej uczestników .11
Ppłk dypl. Józef Skrzydlewski spoczął w mogile Powstańców Wielkopolskich,
wśród poległych żołnierzy wielkopolskiego zrywu z 1918 r.
W Powstaniu Wielkopolskim uczestniczyli również bracia ppłk. Józefa
Skrzydlewskiego: Henryk (1888-1934), Tadeusz i Kazimierz. Pochodzili
z patriotycznej rodziny budowniczego Franciszka Skrzydlewskiego, z
domu wzniesionego przez niego przy ul. Nowej (obecnie ul. l Maja)
w Grodzisku. Ulica ta powinna już od dawna nosić inną nazwę nawiązującą
do historii i tradycji Wielkopolski i Grodziska, powinna nosić imię
zasłużonej rodziny Skrzydlewskich. Taką propozycję przedkładam pod
rozwagę Ojców Miasta Grodziska.
Bogdan
Michalak
..:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':..
..:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':..