..:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':..
Grudzień 2001
..:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':..
Wspomnień
czar "Jak dzieci z Kotowa zebrały 400 marek na bezdomnych"
Zbliżają
się kolejne Święta Bożego Narodzenia i jak co roku zasiądziemy do
stołu wigilijnego, składać będziemy sobie życzenia. Jak każe tradycja
jedno miejsce przy stole będzie dodatkowo przygotowane dla Kogoś.
Być może będzie to ktoś biedny, samotny, bezdomny z ulicy. Wiele teraz
w czasie zimy, świąt słyszy się o różnych zbiórkach organizowanych
przez firmy, stowarzyszenia, towarzystwa. W sklepach stawiane są kosze
w których możemy pozostawić jakieś produkty dla ludzi uboższych. Aktorzy,
muzycy organizują okolicznościowe przedstawienia a uzyskane z nich
fundusze przekazywane są na szczytny cel pomocy bliźnim.
Chciałbym przedstawić pewną historię, która wydarzyła się przed kilkoma
laty.
Był piękny niedzielny poranek 8 października 1916r (prawdopodobnie
przyp. autora) w Granowie koło Grodziska, dziwili się wszyscy ludzie
widząc wóz drabiniasty na którym dzieci z Kotowa jechały na dworzec
kolejowy aby odbyć podróż dla nich bardzo ważną. Jechały bowiem zebrać
pieniądze na bezdomnych. Gdy nadszedł pociąg dzieci weszły do wagonu
i po raz pierwszy w życiu jechały koleją. Podróż ta trwała prawie
pięć godzin. Jechały przez Poznań, Myszków, Książ do Mchów (około
100km). Tam we dworze u hrabiego czekał na nich suty obiad, po którym
dzieci udały się do Domu Katolickiego aby odegrać przedstawienie "Objawienie
Matki Boskiej w Lourdes". Sala widowiskowa była wypełniona po
brzegi. Kurtyna się rozsunęła, widzowie ujrzeli słynną grotę Matki
Boskiej w Lourdes, a przednią chór aniołów. Nagle na scenie pojawiła
się Bernadeta, która odmawia Anioł Pański i w ten czas objawia się
jej Matka Boska. Wysłuchuje ona pięknej pieśni Bernadety: "Choć
słońce świeci - mnie ciemność mroczy, O Panno święta, otwórz mi oczy!
Biedna sierota prosi Cię cudu Racz mnie wysłuchać, o Matko Ludu"
. Wysłuchuje ją Matka Boska i otwiera jej oczy a cała sala razem z
dziećmi odśpiewuje pieśń "Po górach dolinach rozlega się dzwon".
Na zakończenie tego przedstawienia dzieci zatańczyły Mazurka. Kotowskie
małe dzieci zrobiły wielką furrorę, oklasków nie było końca. Dzieci
zebrały 160 marek, następnie w drodze powrotnej identyczne przedstawienie
dały w Domu Katolickim w Książu gdzie zebrały następne huczne oklaski
oraz 240 marek. I tak oto z dalekiej wyprawy przywiozły dzieci 400
marek dla bezdomnych ze swojej okolicy.
Z dotychczasowych materiałów, głównie wspomnień dowiedziałem się,
że dzieci było 30, rolę Matki Boskiej grała moja prababcia Weronika
Woźniak z domu Piwosz oprócz niej w przedstawieniu grały Józefina
Nowak z domu Piwosz oraz Stanisław Klóska. Po pamiątkowych występach
zachował się okazjonalny artykuł z kilkoma zdjęciami. Niestety, nie
wiemy z jakiej publikacji pochodził, a jakość zdjęć nie pozwala na
opublikowanie ich w naszej gazecie. Mam nadzieję, że w dzisiejszych
trudnych czasach też wielu z nas jest takimi ofiarnymi dobrodziejami
jak one. W tamtych czasach te 400 marek były czymś wielkim, niewyobrażalnym
dla główki małego dziecka.
Michał
Wencel
..:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':..
Wygrzebane
ze starego albumu.
Albin Grygiel
Nasz dziadek,
Albin Grygiel urodził się 17 lutego 1898 roku w Gradowicach, jako
najstarszy z dwanaściorga dzieci Antoniny i Franciszka Grygiel. Podobnie
jak swój ojciec był cieślą.
Do armii niemieckiej został wcielony 12 kwietnia 1914 roku i przydzielony
do służby w 1 kompanii Feld- Pionier- Rekrutendepot Jeumont. Następnie
został przeniesiony do Preussisches Samlandisches Pionier- Bataillon
no 18, z którym walczył na froncie francuskim i rumuńskim. W Rumunii
zachorował na malarię. 20 grudnia 1918 roku uzyskał dwutygodniowy
urlop zdrowotny, który kończył się 2 stycznia 1919 roku. 4 stycznia
tego roku dziadek przystąpił jako ochotnik do Powstania Wielkopolskiego.
Był żołnierzem kompanii wielichowskiej, z którą przeszedł cały szlak
bojowy, zdobywając 5 stycznia Wolsztyn, a 11- Kopanicę. 12 lutego,
w czasie walk o Kargowę został ciężko ranny w prawą nogę (pocisk złamał
kość udową). Wzięty do niewoli znalazł się w obozie jenieckim w Hawelbergu.
Przebywał tam około roku. Wrócił jako inwalida z nogą o około 12 cm
krótszą. W zestawieniu osobowym kompanii wielichowskiej opracowanym,
przez dowódcę kompanii- ppor. Kazimierza Szcześniaka został wymieniony
pod pozycja 130 z adnotacją -12 lutego w potyczce pod Kargową zaginiony.
13 października 1926 roku Dziadek ożenił się ze Stanisławą z Witkiewiczów-
naszą babcią. Mieli troje dzieci: Genowefę (ur. 1927), Izabelę (ur.1929),
Hilarego (ur. 1931).
19 grudnia 1933 roku dziadek otrzymał podpisany przez Naczelnika Państwa
Józefa Piłsudskiego Medal Niepodległości.
Zmarł 19 marca 1957 roku w Grodzisku Wielkopolskim.
Andrzej
Cichos (ur. 1962)
Krzysztof Gruch (ur. 1953)
Rodzina
Rojów- grodziską rodziną powstańców wielkopolskich.
Czterej
bracia rodziny Rojów - Stanisław, Antoni, Jan i Kazimierz zasłużyli
się Polsce czynem walecznym w powstaniu zbrojnym o wyzwolenie ziemi
ojczystej spod ponad wiekowego zaboru pruskiego.
W czasie pierwszej wojny światowej zostali zmobilizowani do armii
pruskiej i skierowani na front zachodni. Taki spotkał ich kilkuletni
przymus udziału w wojnie, w brew własnej woli. Ducha patriotycznego
jednak nie stracili, a opanowanie rzemiosła żołnierskiego pomogło
im w dalszym życiu i działaniu. Na wieść o powstaniu zbrojnym na ziemi
ojców, w sytuacji narastającego rozprężenia w armii pruskiej, podejmują
odważną decyzję dezercji z bronią i przedostają się do rodzinnego
miasta. Tu po zameldowaniu się w miejscowej komendzie powstańczej
otrzymują przydziały i zadnia. Za swoja waleczność w powstaniu odznaczeni
zostali Krzyżami Powstańczymi. Ich los życia i walki pozostał w rodzinnej
pamięci.
Najstarszy z braci- Stanisław Roj- powstaniec wielkopolski, urodzony
w 1886 roku w Grodzisku był mistrzem obuwniczym, prowadził w Grodzisku
warsztat naprawy obuwia. Zmarł w 1953 roku. Pochowany został na cmentarzy
grodziskim. Był odznaczony Krzyżem Powstańczym.
Drugi z braci - Antoni Roj- urodzony w 1888 roku w Grodzisku, również
powstaniec wielkopolski, był z zawodu cukiernikiem- piekarzem. W okresie
międzywojennym pracował w firmie cukierniczej w Poznaniu. W sierpniu
1939 roku, tuż przed wybuchem wojny, ochotniczo zgłosił się do Wojska
Polskiego. Brał udział w wojnie obronnej na kierunku Poznań- Kutno-
Łowicz. W czasie okupacji pracował przymusowo w niemieckiej bazie
amunicyjnej pod Poznaniem. Po wyzwoleniu kraju i ziem zachodnich pracował
jako mistrz piekarniczy w firmie spółdzielczej w Jeleniej Górze. Po
przejściu na emeryturę mieszkał w Grodzisku. Zmarł w 1962 roku, mając
74 lata i pochowany został na cmentarzu grodziskim w grobie ojca Walentego.
Trzeci z braci- Jan Roj- syn Walentego, urodził się 6 grudnia 1890
roku w Grodzisku. Śladem swojego ojca, który pracował w Browarach
grodziskich, również został pracownikiem Browarów. Ojciec Walenty
rozwoził transportem konnym piwo do odbiorców w sąsiednich miastach:
Kościanie, Wolsztynie, Opalenicy, Buku, itd. Ojciec Jana zmarł tragicznie
w 1912 roku po wypadku zderzenia zaprzęgu konnego z pociągiem na trasie
Kościan- Grodzisk, w czasie powrotu do domu. Właśnie z tym tragicznym
zdarzeniem łączy się zatrudnienie Jana w Browarach. Został zatrudniony
jako szofer samochodu ciężarowego, którym dostarczał piwo do odbiorców.
Jan Roj po wybuchu pierwszej wojny światowej został zmobilizowany
do wojsk niemieckich razem z samochodem browarniczym, który obsługiwał.
W ten sposób brał udział w wojnie prusko - francuskiej. W grudniu
1918 roku w warunkach ogólnego rozprężenia nastrojów w armii pruskiej
i napływających wieści o powstaniu wielkopolskim, dezerteruje z bronią
i samochodem ciężarowym, który miał przydzielany do rodzinnego miasta.
Po zameldowaniu się w miejscowym dowództwie powstania, otrzymuje przydział
i zadania dowozu zaparzenia broni i amunicji do poszczególnych oddziałów
na trasie od Poznania do Grodziska, Wolsztyna, Zbąszynia, Opalenicy
i innych miejscowości. Brał również udział w przewozie grup powstańczych
w czasie ich przegrupowania oraz podczas walki.
Na wspomnienie zasługuje przebieg nocnej operacji kompanii powstańczej
o wyzwolenie Zbąszynia, gdzie Jan brał bezpośrednio udział wykorzystując
w tej operacji samochód ciężarowy. Celem zaskoczenia i oszołomienia
żołnierzy niemieckich na samochodzie umieszczono karabin maszynowy
z obsługą powstańczą i dodatkowo odkręcono tłumik silnika. W ten sposób
silny, wybuchowy turkot silnika, zmieszany z seriami broni maszynowej
przyniósł pożądany efekt. Za udział w powstaniu Jan został odznaczony
Krzyżem Powstańczym.
Po zakończeniu głównych działań powstańczych zatrudniony został w
Starostwie w Grodzisku, jako administrator budynku rządowego, pełniąc
jednocześnie funkcję woźnego i kierowcy samochodu starosty. Na tym
stanowisku był do 1932 roku, to jest do czasu likwidacji powiatu w
Grodzisku. Nie godząc się na przeniesienie do powiatu w Nowym Tomyślu,
przeszedł na emeryturę. Z uwagi na stosunkowo młody wiek oraz w trosce
o utrzymanie rodziny, do czasu wybuchu wojny w 1939 roku prowadził
w Grodzisku wypożyczalnie samochodów osobowych.
W czasie okupacji pracował przymusowo jako kierowca u niemieckiego
weterynarza w Grodzisku. Rodzinę swoją założył w 1920 roku, poślubiając
Władysławę Grzeskowiak- córkę Walentego. Władysława w czasie powstania
wielkopolskiego pomagała powstańcom, pracując w szwalni przy naprawie
wyposażenia oraz doraźnie spełniając rolę łączniczki, przenosząc potajemnie
meldunki w umówione miejsca spotkań poza miastem.
Jan z Władysławą wychowali dwóch synów: Mariana (ur. 1921) i Telesfora
(ur. 1925). Jan Roj zmarł w 1948 roku, a jego żona Władysława w 1977
roku. Pochowani zostali na cmentarzu grodziskim, tuż na zapleczu pomnika
powstańców wielkopolskich.
Ciekawostką jest fakt, że na zachowanym zdjęciu powstańców wielkopolskich
z 1925 roku, jedyną żyjącą osobą w 2001 roku uwidocznioną na tym zdjęciu
jest syn Jana- Marian. Na fotografii widoczny jest na podwyższeniu
w górnym rogu fotografii. Na zdjęciu znajduje się również Jan Roj
( w tle płatu sztandaru powstańczego) oraz Stanisław Roj na skraju
drugiego rzędu z lewej strony zdjęcia.
Czwarty , najmłodszy z braci Kazimierz Roj, urodził się w 1894 roku
w Grodzisku i też był powstańcem wielkopolskim. Z zawodu był mistrzem
rzeźnickim. W okresie międzywojennym prowadził w Grodzisku sklep rzeźnicki.
Miał żonę Annę z domu Obst. Wspólnie mieli jednego syna Stanisława,
urodzonego w 1921 roku. Kazimierz w czasie okupacji ciężko chorował.
Zmarł tragicznie w 1942 roku i pochowany zostal na cmentarzu w Grodzisku.
Za udział w Powstaniu Wielkopolskim odznaczony został Krzyżem Powstańczym.
Za ich prawość, odwagę, waleczność, patriotyzm i honor- cześć ich
pamięci.
Opracowali:
Marian i Telesfor Roj.
..:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':..
Grodziscy
Oryginałowie.
Przy ulicy
Kościelnej- po jej prawej stronie patrząc od Placu św. Anny - znajdowały
się niskie, parterowe zabudowania. Mieszkała tu pani Stasia Golczak
("Golczaczka"), a są siadywała z nią grodziszczanka, zwana
pod przezwiskiem "Kanarek". Był tu również sklepik ze słodyczami,
prowadzony przez panią Kuśkową.
Pani Stasia Golczak, charakterystyczna postać w krajobrazie powojennego
Grodziska, była osobą ułomną, a jej kalectwo polegało na tym, że stopy
obu nóg miała wykręcone do wewnątrz, co powodowało znamienny chód,
przypominający "kręcenie młynka" kciukami. Można było ją
spotykać na Placu św. Anny i na Garbarach, gdy objuczona blaszaną
kanką na wodę, wiadrem i grabkami, podążała rankiem na cmentarz lub
pod wieczór wracała stamtąd do swojego skromnego pokoiku przy ulicy
Kościelnej. Utrzymywała się bowiem z pielęgnowania grobów, które to
zajęcie zlecali jej dość liczni mieszkańcy Grodziska, znając dokładność
i solidność pani Stasi. Jej symptomatyczny sposób poruszania się,
spowodowany wspomnianą ułomnością, budził niekiedy naszą wesołość,
nie powodował jednak nigdy drwiny, czy też naśmiewania się, czego
nie można powiedzieć o zachowaniu się grodziskiej dzieciarni w stosunku
do "Kanarka", sąsiadki pani Stasi.
Pani "Kanarek" (nie znaliśmy i do dziś nie poznaliśmy jej
prawdziwego nazwiska) była osobą trochę upośledzoną umysłowo i chyba
nie przepadała za dziećmi, bo zawsze miała uwagi pod naszym (tj. dzieci)
adresem i bardzo często krzyczała, wyzywając nas bez powodu. Skutkiem
tego dzieciarnia gromadziła się przed wejściem do jej mieszkania i
wrzeszczała skandując wierszyk:
"Kanarek zdechł,
wsadzili go w mech,
zanieśli na górę,
wsadzili go w dziurę".
Nie wiadomo skąd się wziął ten niewybredny utwór, który nie przynosi
nam chwały, byłej grodziskiej dzieciarni; jest jednak dokumentem i
przykładem lokalnego folkloru.
Trzecia z pań kojarząca się z ulica Kościelną, pani Kuśkowa, miała
sklepik, który sąsiadował z mieszkaniami pani Stasi Golczak i pani
"Kanarek". Do sklepiku biegaliśmy podczas szkolnej dużej
przerwy oraz po lekcjach i kupowaliśmy na sztuki cukierki. Największą
popularnością cieszyły się "brykiety", zwane przez nas również
"węglami", czyli cukierki czarnego koloru o anyżowo- miętowym
lub eukaliptusowym smaku.
Pani Kuśkowa była osoba tęgą, średniego wzrostu, budzącą u nas respekt.
Wymagała bowiem od dzieci - swoich klientów - odpowiedniego zachowania
i poprawnego wysławiania się. Mieszkała po przeciwnej stronie ul.
Kościelnej, właściwie już przy Placu Wiosny Ludów, zwanym potocznie
"Żydami", z uwagi na znajdującą się w tym miejscu przed
wojną synagogę. W tym samym domu mieszkała również siostra pani Kuśkowej,
a żona fryzjera Pawła Hocheisla.
Zakład Fryzjerski pana Pawła Hocheisla znajdował się w parterowym,
nowszym budynku z czerwonej cegły, na narożniku ul. Kościelnej i Placu
Wiosny Ludów. Był wyposażony w stylowe meble z ogromnymi kryształowymi
lustrami i w specjalistyczną armaturę. Usługa fryzjerska w wykonaniu
pana Pawła była prawdziwą celebrą, szczególnie kiedy jej przedmiotem
było wykonanie trwałej ondulacji wodnej, czy też parowej. Zabiegom,
trwającym kilka godzin, towarzyszyła żona mistrza, podtrzymując delikwentkę
na siłach kawą, likierem lub nalewką własnej roboty. Tego rodzaju
zabiegom fryzjerskim poddawały się grodziszczanki głównie z okazji
wyjątkowych uroczystości, jakimi były śluby i wesela.
Para młoda przejeżdżała do Fary powózką, rzadziej samochodem. Przed
kościołem witał nowożeńców pan Wosiu (Wojciech) Skałecki, wystrojony
we frak, cylinder lub melonik oraz białe rękawiczki. Wszystkie te
rekwizyty były już mocno sfatygowane, co nie przeszkadzało panu Wosiowi
w zachowaniu pełnej gracji przy otwieraniu drzwi samochodu, czy też
w pomocy pannie młodej przy wysiadaniu z powozu.
Dalsza działalność pana Wosia Skałeckiego przejawiała się w układaniu
wieńców pogrzebowych na karawanie, ich zdejmowanie po przybyciu konduktu
na cmentarz i przenoszeniu do grobu.
Co znaczniejsze obywatelki i co znakomitsi obywatele byli honorowani
przez pana Skałeckiego w dniu swoich imienin. Gratulant pojawiał się
z samego rana w domu solenizanta i deklamował okolicznościowe wiersze.
Recytację tej "poezji" wykonywał przyklękając na jedno kolano,
jeżeli adresat był kobietą. Wszystkie "usługi" wykonywał
za niewielką opłata , która stanowiła podstawę jego utrzymania.
Krajobraz grodziskiego folkloru wzbogacał pan Kosicki, zajmujący niewielkie
mieszkanko przy Garbarach, na parterze budynku sąsiadującego z posesją
pana Szczeblowskiego. Niewielkie okno pokoiku wychodziło na ulicę
i charakteryzowało się okolicznościową dekoracją, mającą -w mniemaniu
pana Kosickiego- uświetnić obchody majowego Święta Pracy. Dla równowagi
odpowiednia dekoracja zdobiła okno w uroczystość Bożego Ciała. Podczas,
gdy miasto było odświętnie ubrane w girlandy, plecione z dębowych
liści w brzozowe drzewka, ustawiane wzdłuż trasy procesji, nie było
zwyczaju, ani nakazu dekorowania okien prywatnych mieszkań z okazji
1 Maja. Ozdobione w tym dniu okno pokoiku pana Kosickiego było więc
ewenementem. Sam pan Kosicki ubierał się w tym dniu w białą marynarkę,
jasne spodnie i słomkowy kapelusz. W prawej ręce trzymał laseczkę,
a w lewej dzierżył egzemplarz tygodnika "Przyjaźń", organu
Towarzystwa Przyjaźni Polsko- Radzieckiej, złożony w ten sposób, aby
winieta z tytułem była bardzo widoczna. W tym stroju i z tym samym
egzemplarzem pisma spacerował po mieście we wszystkie pogodne dni
lata. Niektórzy twierdzą, że ten sam egzemplarz "Przyjaźni"
służył elegantowi za rekwizyt przez wiele lat.
W naszym krótkim opisie korowodu grodziskich oryginałów nie może zabraknąć
Zośki i Walka "Skóry".
Pani Zofia, przezywana przez niektórych niestety - "Głupią Zośką",
była osobą chorą, cierpiącą na dolegliwości psychiczne. Często przychodziła
do Fary i modliła się w kaplicy Matki Boskiej. Zawsze nosiła ze sobą
swój cały majątek, na który składały się dwie siatki zawierające garnuszki
i inne przedmioty osobistego użytku. Prawdopodobnie bała się utracić
swoją własność. Inną oznaką jej choroby był przesadny makijaż.
Skupem i sprzedażą skórek zwierzęcych zajmował się pan Walek "Skóra".
Pochodził z jednej z podgrodziskich wiosek. Nie pamiętamy jednak z
której. Zwykł chodzić środkiem jezdni ulicy Szerokiej, która nie była
wtedy pięknym deptakiem, ale i ruch kołowy nie był duży. Oprócz wtorków
i piątków, kiedy to na ulicy Szerokiej pojawiały się liczne furmanki,
należące do gospodarzy, którzy płody ziemne przywozili na targ w Grodzisku.
Pan Walek "Skóra" odwiedzał też czasami warsztat krawiecki
naszego ojca i teścia, oferując "najlepszej jakości" skórki
karakułowe.
Grodziscy oryginałowie przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych
minionego stulecia stoją żywo w naszej pamięci. Wspominamy jeszcze
pana Kazimierza Śledzia-Śledzińskiego, fotografa z ulicy Rakoniewickiej,
dokumentalisty wszystkich ważniejszych uroczystości kościelnych i
rodzinnych. Był człowiekiem nader religijnym i bogobojnym. Codziennie
uczestniczył we Mszy św. Gdy przychodził do zakrystii, aby się wyspowiadać,
pan kościelny i ministranci musieli opuścić pomieszczenie, ponieważ
pan Kaziu Śledź- ze względu na swoją głuchotę - spowiadał się bardzo
głośno. Był też propagatorem literatury religijnej i wrogiem prasy
komunistycznej.
Na zakończenie przywodzimy na pamięć postać pana Walczaka, lodziarza,
który wraz z pierwszymi promieniami majowego słońca pojawiał się na
ulicach Grodziska w białej marynarce i z białym wózkiem, oferując
niezapomniane lody. Zawsze otaczała go gromada dzieci. Niektóre z
nich mogły pozwolić sobie na "małego loda" za 50 groszy.
Od czasu , który wspominamy, upłynęło pół wieku. Czy dzisiejszy Grodzisk
ma też swoich oryginałów?
..:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':..
Grodziski
Słownik Biograficzny.
Mieczysław
Jan Stroiński.
(1892-1931)
Na cmentarzu parafialnym w Grodzisku Wielkopolskim spoczywa wielu
powstańców wielkopolskich. Przy głównej alei znajduje się zbiorowy
grób i pomnik wzniesiony w 1930 roku ku czci dziewięciu poległych
w czasie walk w 1919 roku. W 1957 roku pochowano tu zamordowanego
7 maja 1952 roku w śledztwie prowadzonym przez komunistyczne służby
bezpieczeństwa w Warszawie, podpułkownika Józefa Skrzydlewskiego (
1896-1952), jednego z organizatorów powstania wielkopolskiego na ziemi
grodziskiej i późniejszego oficera Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.
Grodziski cmentarz kryje również pojedyncze groby powstańców. W głównej
alei spoczywają między innymi Henryk Skrzydlewski (1888-1934) i Mieczysław
Jan Stroiński.
Mieczysław Jan Stroiński urodził się 20 grudnia 1892 roku w Grodzisku
Wielkopolskim jako syn Jana Nepomucena Stroińskiego (1866- 1948),
znanego w Grodzisku murarza. Był mistrzem kotlarskim i już przed wybuchem
pierwszej wojny światowej został wcielony do wojska pruskiego. Służył
w marynarce wojennej w dywizjonie budowlanym (Bau - Division) w Wilhelmshaven.
Gwałtowne zmiany polityczne w listopadzie 1918 roku, spowodowały,
że w niemieckich garnizonach wytworzył się ogólny stan rozprężenia.
Żołnierze masowo opuszczali koszary, porzucali służbę i samowolnie
wracali do domu. W połowie listopada 1918 roku wrócili do Grodziska:
podporucznik Józef Skrzydlewski i jego kuzyn Mieczysław Jan Stroiński,
marynarz. Matka Józefa Skrzydlewskiego i ojciec Jana Mieczysława Stroińskiego
byli rodzeństwem. W powstaniu wielkopolskim brali czynny udział również
bracia Józefa Skrzydlewskiego: Henryk, Kazimierz i Tadeusz.
Mieczysław Jan Stroiński był członkiem Rady Robotniczej i Żołnierskiej
w Grodzisku, w skład której wchodzili prawie sami Polacy. 26 listopada
1918 roku brał udział w rozbrajaniu i zdemobilizowaniu niemieckiej
kolumny sanitarnej, która w składzie 18 wozów taborowych wracała z
frontu wschodniego. Broń zatrzymała Rada Robotnicza i Żołnierska,
a konie umieszczono tymczasowo w okolicznych polskich majątkach i
przekazano później powstańcom. Mieczysław J. Stroiński brał również
udział w rozbrajaniu niemieckich kolejarzy wojskowych. 1 grudnia 1918
roku zgłosił się z własną bronią w biurze werbunkowym Straży Ludowej
w Poznaniu do służby ochotniczej i w dniach obrad Sejmu Dzielnicowego
(3-5 grudnia 1918 roku) czuwał w oddziałach Straży Ludowej nad porządkiem
przed poznańską Farą w czasie mszy św. inaugurującej posiedzenie oraz
podczas przemarszu do sali obrad w kinie "Apollo" na Piekarach.
Straż Ludowa była zobowiązana do szczególnej czujności, ponieważ oprócz
członków Tymczasowego Komitetu Naczelnego Rady Ludowej i posłów do
Sejmu Dzielnicowego, w pochodzie z Fary do kina "Apollo"
uczestniczył przybyły z Warszawy Wojciech Korfanty.
Z relacji rodzinnych wiadomo, że w dniu wybuchu powstania, tj. 27
grudnia 1918 roku, Mieczysław Jan Stroiński był w osłonie Bazaru.
Po przeszkoleniu został awansowany do stopnia podporucznika i w tej
randze walczył na froncie wojny polsko- bolszewickiej. Za waleczność
otrzymał liczne odznaczenia, a w roku 1921 został awansowany do stopnia
porucznika. Po przejściu do pracy cywilnej, był referentem Państwowego
Monopolu Spirytusowego w Warszawie, gdzie po ciężkiej chorobie na
raka zmarł 11 listopada 1931 roku. Pochowano go na cmentarzu parafialnym
w Grodzisku Wielkopolskim.
W nekrologu opublikowanym w Kurierze Poznańskim z 10 listopada 1931
roku (Nr 518, str. 11) czytamy: Podczas powstania był (Mieczysław
J. Stroiński, dop. B.M.) jednym z tych, którzy w uniesieniu patriotycznym
nie tylko walczyli, ale zagrzewali do walki innych
Źródła:
-Jarosław Kaminiarz i in., Powstanie Wielkopolskie 1918-1919 na ziemi
grodziskiej., Grodzisk Wielkopolski 1999.
-Bogusław Polak, Grodzisk Wielkopolski, Zarys dziejów., Grodzisk Wielkopolski
1990
-(k) Mieczysław Jan Stroiński, w : Kurier Poznański, Nr 518, 10 listopada
1931 r., str.11.
-Relacje członków rodziny Mieczysława Stroińskiego, w tym jego siostry
Marty Michalak (1906-1994), a mojej matki.
Bogdan Michalak
Stanisław Kmieć 1898- 1964
powstaniec wielkopolski
Stanisław
Kmieć urodził się 14 września 1898 roku w Recklinghausen na terenie
Niemiec, gdzie w poszukiwaniu pracy wyjechali jego rodzice. Jego ojciec,
Wojciech Kmieć (1868-1922) pochodził z Zielęcina, natomiast matka-
Maria z domu Hemerling (1876-1969) z Kurowa. Stanisław posiadał pięciu
braci i jedną siostrę.
Przed wybuchem pierwszej wojny światowej cała rodzina wróciła do Wielkopolski,
gdzie zamieszkała w Kurowie, prowadząc rodzinne gospodarstwo rolne.
W czasie pierwszej wojny światowej Stanisław Kmieć walczył w szeregach
armii pruskiej na froncie zachodnim. Po wybuchu powstania wielkopolskiego
wstąpił w szeregi grodziskiej kompanii powstańczej. W roku 1920 brał
udział w wojnie polsko- bolszewickiej. Za udział w powstaniu wielkopolskim
został odznaczony Krzyżem Powstania Wielkopolskiego (nr B-41462, legitymacja
z dnia 27 sierpnia 1957 r.).
Po powrocie z wojska początkowo gospodarował w Kurowie. W 1933 roku
otworzył na Placu św. Anny w Grodzisku sklep z artykułami spożywczymi.
W 1938 roku prowadził restauracje w domu brackim "Strzelnica",
należącym do Kurkowego Bractwa Strzeleckiego w Grodzisku- obecny Dom
Kultury w Grodzisku. W październiku 1939 roku został z całą rodziną
wywieziony z Grodziska do Niemiec przez obóz w Młyniewie. Cały okres
okupacji spędził w Niemczech ,pracując w gospodarstwie rolnym. Po
wojnie powrócił z rodziną do Grodziska, gdzie w "Strzelnicy"
otworzył ponownie restaurację. W 1951 roku, na skutek walki ówczesnych
władz komunistycznych z prywatną inicjatywą zamknął lokal. Zmarł w
styczniu 1964 roku w Grodzisku, gdzie został pochowany na miejscowym
cmentarzu parafialnym.
Stanisław Kmieć był członkiem Kurkowego Bractwa Strzeleckiego w Grodzisku
oraz jednym z założycieli i prezesów Kółka Rolniczego w Grodzisku.
W 1925 roku ożenił się z Agnieszką Finz, z którą miał 6 dzieci- 4
córki i 2 synów.
Opracowała córka - Felicja Jabłońska
..:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':..
Barbórkowe
święto w Grodzisku.
Grudzień
to miesiąc kończącego się roku, jest to okres świąt, jest to czas
wspomnień, refleksji i przemyśleń nad mijającym rokiem. Jest to także
miesiąc, w którym swoje święto obchodzą górnicy- to 4 grudnia - tradycyjna
Barbórka. Wielu to święto kojarzy się przede wszystkim z węglem i
śląskimi kopalniami. Jest jednak na naszym terenie spora rzesza ludzi,
która również obchodzi to święto- to górnicy naftowcy, pracujący na
kopalniach wydobycia gazu ziemnego i ropy naftowej, należących do
Zielonogórskiego Zakładu Górnictwa Nafty i Gazu.
Właśnie z tej miłej okazji 7 grudnia w gościnnych progach restauracji
"XXI wieku" w Grodzisku odbyła się regionalna akademia górnicza
połączona z koleżeńskim spotkaniem. Na zaproszenie kierownika Ośrodka
Kopalń Grodzisk- Czesława Klasińskiego, przybyli przedstawiciele dyrekcji
ZZGNiG z dyrektorem ds. rozwoju Stanisławem Mamczurem na czele. Obecni
byli również: przewodniczący Federacji Związków Zawodowych Górników
Naftowców Dariusz Matuszewski, przewodniczący Związków Zawodowych
Górników Naftowców ZZGNiG Józef Krupnicki oraz sekretarz oddziału
SITPNiG Irena Świrgał. Ze względu na to, iż w bieżącym roku odkryto
znaczące złoża gazu ziemnego na terenie Kościana, przybył również
jej wójt Henryk Bartoszewski.
W części oficjalnej spotkania przybyłych gości oraz pracowników zakładu
powitał kierownik OKG Czesław Klasiński, następnie głos zabrał dyrektor
Mamczur, który podsumował mijający rok w naszym zakładzie. Był to
udany rok, firma jako jedna z niewielu w Polsce zanotowała zyski.
Ciągły rozwój i modernizacja zakładu to skutek pracowitości całej
załogi. Jesteśmy na końcowym etapie uzyskania prestiżowego certyfikatu
jakości ISO 90002. Przemówienie dyrektora pozwoliło nam optymistycznie
spojrzeć w przyszłość. Zaproszeni goście oraz kierownictwo zakładu
złożyło pracownikom i ich rodzinom serdeczne życzenia z okazji święta
górników. Tradycyjnie też Barbórka była okazją do nadania stopni górniczych
oraz wyróżnienia odznakami resortowymi najbardziej zasłużonych dla
zakładu pracowników.
Przyszedł wreszcie czas na mniej oficjalną część imprezy. Atrakcją
imprezy był występ Grodziskiej Orkiestry Dętej pod dyrekcją Stanisława
Słowińskiego, który kolejny już raz z właściwym sobie wdziękiem poprowadził
niezapomniane show. Repertuar jaki zagrała Orkiestra przypadł wszystkim
do gustu, dlatego też wspólny śpiew zjednoczył całą salę. Rzadko się
zdarza, aby w jednym miejscu spotkało się tak liczne grono pracowników,
toteż przy suto zastawionych stołach rozmowom, wspomnieniom i koleżeńskim
dyskusjom nie było końca. W miłej przyjacielskiej atmosferze bawiliśmy
się do późnych godzin nocnych. I ja tam byłem, zimne piwo piłem, a
co widziałem to opisałem.
..:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':....:'':..